"New York Times" wątpiący w to, że Świątynia stała na Wzgórzu Świątynnym, amerykański Departament Stanu stwierdzający, że nie ma żadnego status quo na Wzgórzu, czy powtarzające się fałszywe oskarżenia o "egzekucję" 13-letniego Izraelczyka karzą zadać pytanie: czy w przypadku Izraela społeczność międzynarodowa daje sobie dyspensę na kłamstwo?Izrael i świat

12.11.2015

8 października wielce szanowana instytucja, jaką bez wątpienia jest "New York Times", opublikowała artykuł Ricka Gladstone'a pt. "słabe dowody historyczne ws. Świętego Miejsca w Jerozolimie", w którym autor - cytując szereg rozmaitych ekspertów - stawia tezę, że społeczność naukowa nie ma pewności co do tego, czy żydowska Świątynia rzeczywiście stała na Wzgórzu Świątynnym. Takie wątpliwości są powszechne wśród polityków palestyńskich i instytucji rozsianych po całym świecie zajmujących się delegitymizacją Izraela. Gdyby bowiem brakło dowodów na to, że Wzgórze Świątynne jest rzeczywiście świątynne, lec w gruzach mogłaby cała współczesna żydowska narracja historyczna. Kłopot w tym, że takie dowody są, a społeczność naukowa nie ma wątpliwości, że Świątynia stała na Wzgórzu, a jedynie co do tego w którym dokładnie miejscu. "NYT" do swojego błędu był zmuszony się przyznać, m.in. za sprawą protestu jednego z cytowanych w oryginalnym artykule ekspertów, który złożył do redakcji gazety korektę.

Tydzień później podczas briefingu prasowego w amerykańskim Departamencie Stanu jego rzecznik stwierdził, że obecna fala przemocy w Izraelu i Palestynie jest konsekwencją złamania status quo na Wzgórzu Świątynnym. Owe status quo to panująca obecnie sytuacja, w której - decyzją władz Izraela - niemuzułmanie mają bardzo ograniczony dostęp do Wzgórza Świątynnego. Mogą na nie wejść tylko w wyznaczonych porach, nie mogą zbliżać się do meczetu Al-Aksa, ani modlić się na Wzgórzu. Modlić się mogą tam jedynie muzułmanie. Sytuacja taka obowiązuje od prawie 15 lat, kiedy druga Intifada wymusiła ograniczenie dostępu do Wzgórza dla niemuzułmanów. Oskarżanie Izraela o to, że zamierza owe status quo naruszyć jest bezpodstawnym i fałszywym elementem krytyki Izraela od wielu lat. Nie ma miesiąca, żeby nie dochodziło do demonstracji wywołanych kolejną plotką o złamaniu przez Izrael status quo. Tym razem oskarżenie to padło z ust rzecznika amerykańskiego Departamentu Stanu.

W międzyczasie w telewizyjnym orędziu wystąpił prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas. Pośród licznych ataków na Izrael i jego politykę w jego wystąpieniu znalazło się także stwierdzenie, że Izrael dokonuje "bezprawnych egzekucji na palestyńskich dzieciach". Abbas miał na myśli na 13-letniego Ahmeda Manasre, który razem ze swoim kuzynem ranili nożami dwie osoby w Pisgat Zeev. Później to samo oskarżenie powtórzył szef palestyńskiego zespołu negocjacyjnego Saeb Erekat. Tymczasem w rzeczywistości Manasra - w tym samym czasie, kiedy o dokonanej na nim "egzekucji" grzmiały najwyższe władze Palestyny - leżał w izraelskim szpitalu, z którego został już zresztą wypuszczony. Zakładać należy, że obaj panowie wiedzieli, że kłamią, podobnie jak media, które ich wypowiedzi puszczały bez komentarza wiedziały, że stwierdzenie te są nieprawdziwe.

Retoryka stosowana przez palestyńskie władze odnośnie Izraela, jako jedynego winnego, nie jest nowa. Tylko w ostatnich tygodniach z ust czołowych działaczy OWP padały porównania Izraela do Państwa Islamskiego, Izraelczyków do bezdusznych morderców dzieci, a terrorystów (w tym m.in. tego, który zamordował 3-miesięczne niemowlę przed kilkoma dniami) nazywa się "bohaterami". Reputacja władz palestyńskich daleka jest od dobrej;  kłamstwa, dezinformacje i fałszywe oskarżenia towarzyszą wystąpieniom publicznym władz AP od wielu lat, a media na świecie są tego świadome.

Tego rodzaju wydarzeń, jak opisane powyżej, w ostatnich tygodniach mieliśmy okazję zaobserwować bez liku. Skoro "NYT" i Departament Stanu pozwalają sobie na - w najłagodniejszych słowach - beztroską ignorancję, dlaczego by inni nie mieli iść w ich ślady? Od początku obecnej eskalacji konfliktu w mediach społecznościowych można zauważyć gigantyczny wzrost liczby fałszywek dotyczących tych wydarzeń, w zdecydowanej większości fałszujących rzeczywistość na niekorzyść Izraela, celem dalszej delegitymizacji i ponawianych oskarżeń o nieuzasadnioną przemoc. Doszło do tego, że wideo przedstawiające Palestynkę uzbrojoną w nóż, a nakręcone sekundy po tym, jak zaatakowała żołnierza na dworcu autobusowym w Afuli, możemy obejrzeć u tysięcy osób na Facebooku, Twitterze i innych mediach jako dowód na brutalność Izraelczyków.

W tego rodzaju artykułach, wystąpieniach i manipulacjach medialnych nie chodzi o prawdę - Izraelowi nic nie trzeba udowadniać. Izrael można oskarżyć nie martwiąc się o prawdę, czy o to że ktoś się o nią upomni. Przypomnieć wystarczy oskarżenia o to, że 96% ofiar ubiegłorocznych nalotów w Strefie Gazy stanowili cywile. Potrzeba było tygodni, żeby ta statystyka przestała pojawiać się w mediach, nawet po tym, jak intensywne badania udowodniły, że cywile stanowili w rzeczywistości 51% ofiar, co jest - jak na standardy wojny - współczynnikiem szalenie niskim.

I podczas gdy kłamstwami wypowiadanymi na arenie międzynarodowej nie powinniśmy się przejmować bardzo - ostatecznie obciążają one równie mocno, jeśli nie mocniej - wypowiadających je polityków, to kłamstwa medialne są dużo groźniejsze. Już teraz możemy zaobserwować kolejną falę agresji antyizraelskiej w mediach i na ulicach. Przy dalszym braku presji przeciwko takim praktykom mediów przekonanie o tym, że to Izrael jest zawsze winny będzie tylko rosnąć.