Wspomnienia Frydy AronowiczHistoria

24.07.2014

Wspomnienia Frydy Aronowicz są kolejną relacją biograficzną na łamach biuletynu krakowskiej społeczności żydowskiej "Jesteśmy". Tragiczna historia życia mojej bohaterki była znana głównie wśród jej najbliższych znajomych i do tej pory nigdy nie została spisana i opublikowana. W tym numerze przybliżam historię osoby, która w czasie niemieckiej okupacji Polski była na jej terenie zaledwie miesiąc. Fryda Aronowicz jest jedną z wielu osób deportowanych na Syberię. Tam straciła swoich rodziców i była zdana tylko na siebie.

Urodziłam się 3 października 1936 roku w Krasnosielcu, niewielkiej miejscowości koło Mińska Mazowieckiego. Mój tata, Mojżesz Aronowicz był krawcem, mama Wita, z domu Kra, zajmowała się domem, wychowaniem mnie i handlem. Prawdopodobnie byłam jedynaczką, chociaż do końca nie jestem tego pewna. Moja pamięć nie sięga tak daleko, abym mogła to sobie przypomnieć.

Pochodzę z rodziny religijnej, głęboko związanej z tradycją żydowską i mówiącą na co dzień w języku żydowskim. Krasnosielc był typowym sztetlem, czyli żydowskim miasteczkiem, w którym każdy się znał. Tata zawsze rano wkładał tefilin i tałes, na co dzień chodził do niewielkiego sztyblu niedaleko naszego domu, gdzie się modlił i studiował święte pisma. W wielkie święta chodził do głównej synagogi, która stoi po dziś dzień w centrum Krasnosielca. Każdy szabat staraliśmy się obchodzić na tyle uroczyście, na ile się dało. Doskonale pamiętam jak mama błogosławiła w piątek szabatowe świece. Wówczas ubierała piękną woalkę na swoje kruczoczarne włosy. Do dzisiaj pamiętam niesamowity smak chały i czulentu, które spożywano w czasie piątkowej wieczerzy. Dzisiaj już nikt takiej chały nie robi.

Byliśmy rodziną bardzo biedną, jednak nie wyróżnialiśmy się na tle pozostałych mieszkańców. Bieda w takich miejscach była po prostu czymś normalnym.

Doskonale pamiętam mój dom, który składał się z dwóch mieszkań rozdzielonych sienią. Na nasze mieszkanie składał się pokój z kuchnią, nic więcej. Nie mieliśmy prądu, ani wody. Pokój oświetlaliśmy lampą naftową, a po wodę chodziliśmy do studni. Pokój był nie tylko miejscem gdzie mieszkaliśmy, ale był on warsztatem pracy mojego taty.

Z mojej rodziny pamiętam tylko rodziców. Nie wiem czy moi dziadkowie żyli w chwili wybuchu wojny. Prawdopodobnie imię otrzymałam po mojej zmarłej babci. Jest to o tyle prawdopodobne, że moja bliska kuzynka też nazywała się Fryda. To chyba jedyna osoba poza rodzicami, którą pamiętam z imienia. Oprócz tego wiem, że siostra mojej mamy mieszkała w Charkowie. Poza tym nie mam innych informacji o członkach mojej rodziny.

Wybuch II wojny światowej i wkroczenie Niemców do Kranosielca rozpoczął nasz potworny dramat. Niemieccy żołnierze zaczęli dopuszczać się licznych zbrodni. Z dnia na dzień ginęło coraz więcej ludzi, nie tylko Żydów, ale i Polaków.

28 września 1939 roku wyrugowano wszystkich, to jest około 1900 przebywających w Krasnosielcu Żydów. Przed wypędzeniem musieli podpisać oświadczenia, że opuszczają osadę z własnej woli. Znaleźli się w Różanie i Ostrowi. Część wyjechała następnie do Białegostoku, Makowa i Ciechanowa.

Ja z rodzicami udałam się do Białegostoku, który znajdował się już w radzieckiej strefie okupacyjnej. Rodzice myśleli, że tam będziemy bezpieczni. Początkowo mieli rację. Zupełnie jednak nie pamiętam czasu tam spędzonego. To tak jakby spadła na niego kropla tuszu, która wszystko zamazała.

W lutym 1940 roku do naszego domu wpadli Rosjanie i kazali się szybko pakować. Zostaliśmy zagonieni do bydlęcego wagonu i wysłani w nieznane.

Pamiętam potworny tłok, co chwilę umierających ludzi, od dzieci po starców, tę monotonię i strach, co nas czeka. Po miesiącu ciężkiej podróży trafiliśmy do Republiki Komi, gdzie zamieszkaliśmy w barakach w jakimś posiołku pośrodku ogromnego lasu. Rodzice od tego czasu w ciężkich warunkach musieli pracować przy wycince drzew, a ja z innymi dziećmi zostawałam w naszym baraku.

Niezbyt dobrze pamiętam czas spędzony w Komi. Byłam zbyt mała i nieświadoma do końca sytuacji, która mnie spotkała. Do dzisiaj pamiętam wieczny niepokój, strach, głód, śnieg i potworny mróz sięgający nieraz -40 stopni. Śmierć ludzi była na porządku dziennym, codziennie ktoś umierał z powodu mrozu i ciężkich warunków życia. Ludzi tych chowano bez względu na narodowość na takim prowizorycznym cmentarzyku koło posiołku, bez pogrzebu, w wielkim pośpiechu. Pamiętam także, że codziennie jedliśmy ziemniaki i brukiew. Kiedy brakowało jedzenia, ludzie jedli korę z drzew.

Mniej więcej po dwóch latach, mama zdecydowała się pójść szukać jedzenia w sąsiednim posiołku. Już nigdy nie wróciła. Prawdopodobnie zamarzła po drodze. Niestety nie wiem co się stało z jej ciałem. Czy ktoś ją pochował? Po pół roku straciłam ojca. Tej sytuacji nie zapomnę do końca życia. Tata leżał na swojej pryczy, wyczerpany, głodny,mówił coś do mnie. Ja wtedy przeraźliwie płakałam, nie chciałam, aby umierał! Wsadziłam mu palec do buzi, a on był już zimny, nie żył, zmarł na moich oczach. To jest najstraszliwsze wspomnienie mojego życia, widzieć jako mała dziewczynka śmierć swojego ukochanego ojca, ostatniej osoby, która mi została. Nie pamiętam pogrzebu ojca, nie wiem kto się zajął pogrzebaniem jego ciała. Zostałam sama!

Po śmierci ojca, prawdopodobnie z inicjatywy kierownictwa posiołka, zostałam wysłana do polskiego sierocińca w Woroneżu. Były tam dzieci wielu narodowości, od polskich, żydowskich po cygańskie. Wszystkie łączył kraj pochodzenia – Polska.

Tam nauczyłam się dopiero mówić po polsku i rosyjsku. Do tego czasu posługiwałam się tylko i wyłącznie językiem żydowskim, który z czasem zapomniałam. Warunki w sierocińcu były bardzo trudne. Na miejscu nie było toalet. Aby załatwić potrzebę musieliśmy iść w kilka osób do wychodka niedaleko sierocińca. Dlaczego w kilka osób? Budynek sierocińca mieścił się w lesie, a tam grasowali bandyci, którzy porywali małe dzieci. W kilka osób było po prostu bezpieczniej.

Pamiętam, że non stop chodziłam głodna. Racje żywnościowe były bardzo małe. Często wychodziłam na pole i jadłam to, co przyroda mogła zaoferować: lebiodę czy pokrzywę, nieraz zbierałam i jadłam łupiny ziemniaków. W pamięci utkwiła mi pewna sytuacja. Kierowniczka sierocińca, która była Rosjanką, po moim przybyciu dała mi nowe drewniane kierpce. Posiadanie takich butów w tamtym czasie to był wielki luksus. Pewnego dnia byłam tak bardzo głodna, że zaczepiłam pewną chaziajkę i oddałam jej moje buty za troszkę pieczonych ziemniaków i brukiew. Na następny dzień podczas porannego apelu, kierowniczka spytała się mnie, gdzie są moje buty. Kiedy przyznałam się jej, że je sprzedałam, kazała mi wystąpić przed szereg i potwornie skrzyczała. Bardzo wtedy płakałam, nie rozumiałam, że to, co zrobiłam, było błędem. Za karę nie dostałam już nowych butów, tylko takie stare, schodzone kierpce.

W domu dziecka w Woroneżu czułam się bezpieczna. Dom ten był namiastką tego, co straciłam. Ideą tego sierocińca było zadbanie o patriotyczne wychowanie polskich dzieci do pracy w socjalistycznej ojczyźnie. Na każdym apelu śpiewaliśmy patriotyczne pieśni, m.in. Rotę Marii Konopnickiej.

Pomiędzy lutym a czerwcem 1946 roku przeprowadzono repatriację polskich domów dziecka w Związku Radzickim. W tym czasie, po miesięcznej podróży wróciłam do Polski. Trafiłam do Gostynina, skąd skierowano mnie wraz z dużą grupą dzieci do domu dziecka w Krakowie, który początkowo mieścił się w kamienicy przy ulicy Długiej 38, przy Wojewódzkim Komitecie Żydowskim. Następnie dom dziecka przeniesiono do okazałego budynku przy ulicy Augustiańskiej Bocznej 1. Zostałam przydzielona do grupy średniej, której wychowawczynią była początkowo Leokadia Celnikier, a po jej śmierci w 1952 roku – Marta Żurowska.

W domu dziecka czułam się bardzo dobrze. Tam rozpoczęłam nowe życie, a inne dzieci tam przebywające były dla mnie nową rodziną. Pamiętam jak zaraz po przybyciu, kiedy szliśmy do stołówki na obiad, wiele dzieci prosiło o dodatkową kromkę chleba. Nauczyciele mieli wówczas łzy w oczach, widząc jak wielką wartość ma dla nas ta jedna kromka chleba. Na kucharkę wszyscy wołaliśmy „ciocia”; była ona dla nas uosobieniem naszych matek, które straciliśmy. Nigdy nie odmówiła nam dokładki jedzenia, zawsze na ile mogła starała się nam pomagać i służyć radą.

Mój stan zdrowia w domu dziecka był dość kiepski. Trudne warunki w Związku Radzieckim doprowadziły do tego, że byłam wychudzona, wiotka i zagrożona wystąpieniem u mnie gruźlicy. Podwójnymi porcjami jedzenia starano się, abym nadrobiła wagę. Na nic się to zdało. W związku z tym zostałam wraz z grupą dzieci wysłana na jakiś czas do otwartego w 1946 roku prewentorium dla dzieci żydowskich w Głuszycach koło Wałbrzycha. Stamtąd wróciłam pełna życia i zdrowia.

Życie w domu dziecka wspominam jako najpiękniejszy okres mojego życia. Miałam dużo koleżanek, m.in. Dziunię, Polę, Milkę czy Niutę. Te dwie ostatnie wyjechały z czasem do Izraela. Z Dziunią często chodziłyśmy na wieczorki taneczne, a pewnego dnia udałyśmy się do cyrku i wróciłyśmy po godzinie 22:00, tak że nie chciano nas z powrotem wpuścić do domu dziecka i spałyśmy w jego ogrodzie na kocach, które wyrzuciły przez okno nasze koleżanki. Do dzisiaj z Dziunią wspominamy z wielkim uśmiechem tę sytuację. Często też organizowano wycieczki, np. na Gubałówkę i w inne miejsca. Jestem bardzo wzruszona, kiedy sobie to przypominam.

W 1954 roku opuściłam dom dziecka. Dostałam niewielką wyprawkę, którą po kilku dniach mi ukradziono. Rozpoczęłam pracę w wojskowości jako telegrafistka. Potem pracowałam już w innych miejscach. W 1956 roku wzięłam ślub, a w 1959 roku urodziłam syna. Miałam możliwość wyjazdu do Izraela, jednak zniechęciła mnie do tego moja teściowa. Dzisiaj jestem szczęśliwą babcią dwóch wnuków. Mam także jednego prawnuka, Bartusia, który jest moim oczkiem w głowie.

Od zawsze jestem związana z krakowskim środowiskiem żydowskim. Odkąd pamiętam należę do miejscowej gminy żydowskiej. W wielkie święta zawsze chodziłam do synagogi, początkowo Tempel, następnie do Remu. Podczas sederów pesachowych w gminnej stołówce mam swoje stałe miejsce od wielu lat. Jestem także członkinią TSKŻ, Związku Sybiraków i JCC Kraków, gdzie codziennie przychodzę do Klubu Seniora.

Spisał i opracował Sławomir Pastuszka

Artykuł ukazał się w Biuletynie krakowskiej społeczności żydowskiej Jesteśmy numer 5 (6), czerwiec/lipiec/sierpień 2014