Wywiad z Tadkiem Markiewiczem na temat jego spotkania z polskim systemem prawnymOpinie

23.10.2015

Próbowałeś zainteresować media twoją sprawą?

Tak, interesowały się tym media izraelskie, niemieckie oraz amerykańskie.

A polskie?

To mój prywatny, największy problem. Nie mam czasu na większy aktywizm, ale ja i  moi przyjaciele napisaliśmy do kilku osób, często znajomych, z różnych mediów. Bez skutku, mimo że nieraz wystarczał dłuższy post na Facebooku, by media zainteresowały się tematem. Tym razem to nie zadziałało.

Dlaczego?

Prawo do zgromadzeń to temat wałkowany przez media od lat. I wydaje się bardzo uniwersalny, szeroko opisywany. Tylko kontekst Izraela sprawia, że w  tym wypadku jest cicho. Według mnie to też porażka NGO-sów i prospołecznych ruchów aktywistycznych, których nastawienie do Izraela sprawia, że wolą się nie wypowiadać nawet w takiej sprawie.

Uważasz, że co powinno być zmienione w polskim prawie?

Przepisy są dobre, zła jest interpretacja prawa w Polsce. Policja w naszym wypadku zachowała się bardzo represyjnie i  strachliwie. Podczas samego zgromadzenia robiła bardzo dobrą robotę, bo rozdzielała tłum, a w stosunku do nas zachowywała się poprawnie. Problem pojawił się dopiero po manifestacji. W tej chwili policja uważa, że jeśli obywatel zbyt długo stoi w jakimś miejscu, to jest szalonym zagrożeniem, z którym trzeba się uporać. To systemowo jest niebezpieczne. Z  punktu widzenia przepisów prawa wszystko jest ok. Dopóki nie stanowimy zagrożenia, nasze hasła nie łamią konstytucji, mamy prawo stać w wyznaczonym miejscu.

Kto zgłosił zawiadomienie?

Oskarżycielem jest policja. Tydzień wcześniej byłem na takiej samej manifestacji, spontanicznej. I po drugiej stronie stało około 30 osób, w  tym 25 łysych łbów, trzech zagubionych Palestyńczyków, jeden Syryjczyk i  jakaś pani z dzieckiem w wózku, chyba Polka. I oni przez godzinę wykrzykiwali: „Żydzi do gazu”, „Nie przepraszamy za Jedwabne”, „Zrobimy z  was mydło” i  „Żydzi, Żydzi, cała Polska się was wstydzi”, ale to nie dało policji pretekstu do zgłoszenia sprawy do prokuratury. Nie zarzucam policji żadnego antysemityzmu, ale raczej braku wrażliwości.

Dlaczego zareagowali w taki sposób?

Nie wiem. Myślę, że się wkurzyli, bo byliśmy tam za długo, bo mogło dojść do niebezpiecznego zdarzenia, a  policja nie chce kłopotów. Więc wysyła wyraźny sygnał: siedźcie w domu i nie organizujcie manifestacji. Różni aktywiści mi mówili, że jeśli są zgłoszone dwie manifestacje w  jednym miejscu, to policja bardzo często wymusza na jednej z nich, żeby zebrała się na drugim końcu miasta. I to też Trybunał Konstytucyjny podważył, uznając, że współuczestniczenie manifestacji w jednym miejscu ma znaczenie. Ciężko, żeby manifestacja proizraelska odbywała się pod Ambasadą Syrii. Policja stara się ustawiać sprawy pod siebie, tak żeby jej było jak najwygodniej.

Jakie dokładnie masz zarzuty?

To są dwa zarzuty. Jeden to zakłócanie aparatem nagła- śniającym kontrmanifestacji (mieliśmy megafon). Drugi to zorganizowanie nielegalnego zgromadzenia.

Spotkanie było legalne...

Ale się przeciągnęło i przestało być legalne. Najlepsze jest to, że sprawa ciągnie się już rok. Dziesięć miesięcy czekam na ustosunkowanie się do materiałów, które przesłaliśmy do sądu. Za rok wyjeżdżam i nie wiem, czy nie będę musiał przyjeżdżać co kilka miesięcy na rozprawy przez następne pięć lat.

Czujesz się jak Józef K.?

Wiem, że polski wymiar sprawiedliwości działa wolno, jest przeciążony, a  sądy rejonowe nie zawsze są dobrze przygotowane do rozsądzania spraw wykraczających poza kwestie „mandatowo-alimentacyjne”. Problemem jest policja, która zaczęła sprawę i ją ciągnie, narażając na szwank wizerunek Polski. Dla mnie, polskiego Żyda, nie jest to przyjemne. Przyznaję, że jestem targany sprzecznymi emocjami. Z  jednej strony walczę o  respektowanie prawa do zgromadzeń, i dlatego zainteresowanie mediów jest dla mnie waż- ne. Z drugiej zaś zdaję sobie sprawę, że cały ten rozgłos nie wpływa korzystnie na wizerunek Polski. To nie jest przypadek, że akurat media amerykańskie, niemieckie i izraelskie podchwyciły ten temat. Natomiast w polskich mediach jest cisza. Myślę, że tak już będzie. Czasy się zmieniły. Moje obserwacje wskazują, że osoby poniżej 30-35 roku życia są generalnie znacznie bardziej niechętne Izraelowi niż starsze pokolenia. Izrael to kraj, który należy właściwie tylko krytykować. Niepokojące jest to, że ta postawa jest najżywiej obecna wśród młodych centrowo-lewicowych elit. Państwo żydowskie to dla moich rówieśników coraz częściej „twór polityczny” wymieniany jednym tchem wraz z takimi reżimami jak Korea Północna czy Kuba.

Planujesz jeszcze jakieś manifestacje?

To dobre pytanie. Ta historia nauczyła mnie, że trzy razy trzeba się zastanowić przed zorganizowaniem zgromadzenia. Warto policzyć, czy mnie na to stać. Poza tym na manifestacjach proizraelskich zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie. Od dziesięciu lat chodzę na manifestacje i to była pierwsza, na której było naprawdę groźnie. Udział policji był kluczowy, tylko dzięki niej nie doszło do tragedii.

Manifestacja była propalestyńska czy antyizraelska?

Myślę, że propalestyńska, nie słyszeliśmy żadnych wyzwisk antyizraelskich czy antysemickich, więc chapeau bas. Ale atmosfera na tych manifestacjach się zmieniła. Oprócz policjantów w zwykłym umundurowaniu, były oddziały do rozpraszania tłumów. Nas było 80 osób, po drugiej stronie było 500.

Kto przychodzi na wasze manifestacje?

Przeważnie ludzie, których nie znam, zwykle kojarzę jakieś 5% osób. W różnym wieku, jest sporo dzieci. Gama zaczyna się od niemowląt w wózkach, a kończy na parze z Kopenhagi, tak na oko dziewięćdziesięcioletniej. Są młodzi ludzie i wykładowcy akademiccy, dziennikarze, członkowie Gminy. Jest wesoło. Widać, że nic nas nie łączy oprócz chęci wypowiedzenia się za wolnością samostanowienia narodu żydowskiego. Szkoda tylko, że jest nas tak mało. Historia narodu żydowskiego przecież uczy: największym niebezpieczeństwem dla świata jest obojętność